Ekipa zawodnika, czyli jak zostałam bohaterką drugiego planu

Wiadomo, że właściwe zaplecze, ekipa obsługująca ma wpływ na wyniki i sukcesy sportowca.
Miałam okazję przerobić to na własnej skórze. Zaraz, żebyście opacznie nie zrozumieli. Poczułam, jak to jest być tą ekipą, a nie obsługiwanym zawodnikiem.

Startujący okazał się przypadkiem niezwykle wymagającym, więc musiałam uruchomić wszelkie zasoby umiejętności przewidywania, minimalizowania kryzysów, zagrożeń, mojej ograniczonej cierpliwości i stresu związanego ze startem kogoś za kogo odpowiadasz i kogo …….(zostawiam dla siebie, bo zbyt privi).

Tour de Pologne Amatorów to był szczyt  do zdobycia. W roli startującego – mój mąż, w roli ekipy – ja – mała, drobna, ale poukładana, zapobiegliwa, pracowita z upierdliwymi zapędami menedżerskimi.

Z podziwem spoglądam na mojego Piotrka, jak obudził się z letargu po kilkudziesięciu latach mało aktywnego życia i łapie chwile w biegowych butach albo na rowerze. To drugie – na poważnie – od zaledwie trzech miesięcy, dlatego wyścig po górach to była wielka odwaga. Podziwiam go również za to, że w pierwszych zawodach zamykał listy wyników i wcale go to nie zniechęcało.  Wspieramy go z dzieciakami w tych przedsięwzięciach, bo cieszymy się, że już nie tylko gada o sporcie, ale sportu dotyka, mierzy się z nim i zmaga, i doświadcza tego, co w nim piękne, ale też trudne.

Bukowina ścianaWyjechaliśmy w góry na dwa dni przed startem, tak aby skosztować trasy i poczuć górski klimat.
39 kilometrów obejmowało pokonanie trzech solidnych, długich podjazdów, w tym osławionego Gliczarowa, na którym gasł mi nawet samochód. Strategia była taka, żeby zmieścić się w  limicie czasu, uwzględniając podchodzenie z rowerem tam, gdzie się nie da podjechać. Skutek takiego treningu, pęcherze na piętach Piotrka. Ja jako asekurująca go w aucie ekipa, wyszłam bez szwanku, bogatsza w doświadczanie pięknych widoków i dokumentacje zdjęciową z treningu.

Bukowina zjazd                             Gliczarów

Przyszedł czas na regenerację, leczenie pęcherzy i doładowanie węglowodanów. Czytaj: sauna, plastry i suta kolacja.
Dzień przed startem obfitował w poszukiwania sklepu z akcesoriami rowerowymi (jeszcze jeden uchwyt na bidon), posiłki węglowodanowe i….przedstartowy stres.
Ja, jako jednoosobowa ekipa obsługująca zawodnika-amatora, musiałam zamienić się w psychologa sportu, któremu -  szczerze mówiąc – przed tym startem też przydałoby się wparcie.  Po przejechaniu trasy, zrozumiałam, na co się Piotrek porywa i trochę zwątpiłam, ale wtedy było cicho-sza, bo nie po to tam byłam, żeby wzmagać wątpliwości. To co mi się śniło w noc przed zawodami, można byłoby odnaleźć w najlepszych filmach katastroficznych i gdybym rano usłyszała „pas”, chyba również bym wymiękła. Ale nie usłyszałam i machina ruszyła.

Zrobił to! Pokonał te góry różnymi sposobami, zmieścił się w limicie czasowym z solidnym zapasem.
Myślę, że on, my jesteśmy bogatsi o kolejne emocje, wspomnienia i doświadczenia, które umieścimy w albumie naszych wrażeń.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *