Nie zawsze musi być szybciej, wyżej, mocniej

Sportowa Rodzinka miewa nie tylko piękne dni, usłane sukcesami sportowymi, zaliczonymi treningami i stuprocentową realizacją planu.

W tę  niedzielę mieliśmy w planach  wycieczkę rowerową po lesie i błogie lenistwo na łonie natury.
Z samego rana nasz mały piłkarz pojechał jeszcze z dziadkiem na mecz – rozgrywki ligowe. Dzień wcześniej przygotowania, analizy, który na liście strzelców, jaka pozycja  w grupie. Plany, marzenia o wygranej, o tym ile brakuje do króla strzelców. Takie tam ekscytacje przedrozgrywkowe. Kto gra, ten wie.

Raniutko w niedzielę szykuję węglowodanowe śniadanie, przygotowuję energetyczne przekąski do zjedzenia w przerwach meczów. Wyprawiam dwóch z czterech moich najukochańszych facetów: syna Mikołaja, klubowego napastnika i mojego tatę – kiedyś sędzia piłkarski i sportowiec. Obaj zapatrzeni w siebie jak w obrazek, dumni z siebie wzajemnie i podobni jak mała i duża matrioszka.

Buziaki i kopniaczek na szczęście. Zamykam za nimi drzwi.

Po 10.00 odbieram telefon z lakonicznymi informacjami, jedzie karetka, przyjeżdżaj, nie wiemy który szpital. Serce wali jak szalone, szukam podparcia, bo krew odpływa w dół, zamiast trzymać się góry i pozwalać racjonalnie myśleć. Później informacja, to ręka. Uff, tylko ręka. Jednak nie jestem w stanie od razu wsiadać do samochodu. Magda, bierz się w garść!
W szpitalu rentgen i już wiemy złamane obie kości przedramienia z przemieszczeniem. Potrzebny zabieg w znieczuleniu ogólnym.

Poszło sprawnie, Mikołaj dobrze zniósł narkozę a zaraz po, kiedy babcia prosi, żeby na przyszłość uważał i że zdrowie najważniejsze, tłumaczy nieco podirytowany, że jak będzie ostrożny, to nigdy żadnego gola nie strzeli.

Ja, matka kwoka drżę, myślę – kurcze ma rację, nie możemy żyć zachowawczo, ale boję się o niego, kiedy zdaję sobie sprawę, że sport to również zagrożenia, a mój syn to typ walczaka, który nie odpuszcza.
Jak znaleźć złoty środek między tym, żeby płonął w nim ogień, ale żeby się nie spalił…?

Noc po zabiegu spędzamy w szpitalu, ja na krzesełku przy łóżku.

Takie zdarzenia i szpitalna nocka, to czas na filozofowanie. To czas na zastanowienie, czas na przewartościowanie.

Nie zawsze musi być szybko i jak najwięcej, jak najlepiej. Nie muszę być ideałem na każdym polu, gonić, dorównywać, być niecierpliwa dla dzieciaków, bo ciągle mam coś do zrobienia, bo praca, bo obowiązki domowe, bo coś tam jeszcze.

Pytanie, czy wystarczająco dużo czasu poświęcam moim chłopcom? Czy ten czas jest wartościowy, czy jestem wtedy tu i teraz, z nimi a nie myślami w innych obszarach?

Jak mnie zapamiętają? Czy będą mieli poczucie, że uważnie ich słuchałam, wspierałam, wierzyłam w nich i poświęcałam wystarczająco dużo czasu?

Czy nie wywieram na nich presji, nie realizuję własnych niespełnionych marzeń, nie narzucam swojej drogi?

Przed nami cztery tygodnie w gipsie. Mikołaj będzie uczył się cierpliwości i godzenia się z tym, że nie będzie towarzyszył zespołowi w dalszych rozgrywkach, i że to co jest jego pasją, czyli sport idzie na chwilę w odstawkę. To ważna nauka. Wierzę, że go wzmocni.

Czasami warto się zatrzymać, przełączyć na tryb „slow”,  przyjrzeć się temu co nas otacza, zweryfikować swoje wartości i priorytety, niekoniecznie tylko wtedy, kiedy dziecko łamie rękę albo nasz organizm daje nam sygnały, że się zagalopowaliśmy w drodze donikąd.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *